1984 – George Orwell
Książka przerażająca swoją realnością a zarazem fascynująca. Gdybym miała na komentarz tej powieści tylko kilka słów, powiedziałabym: daje do myślenia i to bardzo. Choć akcja toczy się w roku ’84 (przyszłość dla autora, który napisał ją w ’48) i przedstawia okrutne rządy totalitarne (książka określana jest mianem komunistycznej utopii) to i tak jest wciąż aktualna. Nie jest to polityczny wywód, ale powieść z fabułą i zaskakującym zakończeniem.
Główny bohater, Winston, żyje w państwie zwanym Oceanią, którym rządzi wszechwiedzący i wszechpotężny Wielki Brat (to właśnie z tej książki na stałe w kulturze utrwaliło się powiedzenie „wielki brat patrzy”). Partia sprawująca rządy dąży do tego by wszyscy mieszkańcy byli jej posłuszni. Myśleli tak jak Partia sobie tego życzy, czytali tylko to co Partia udostępni, żyli w sposób jaki im Partia narzuci. W tym celu w domach zamontowane są specjalne ekrany, które przez całą dobę monitorują domownika. O wyznaczonych porach budzą, nadają propagandowe programy, komunikaty i sfingowane wiadomości. Społeczeństwo Oceanii żyje w sztucznie wykreowanym świecie, w którym nie ma dostępu do książek czy gazet niezależnych. Takie zostały zniszczone, wymazane z ludzkich pamięci a przeszłość istnieje jedynie w dokumentach, które są poddawane ciągłej zmianie.
Świat w roku ’84 jest dramatyczną wizją. Dzieci wychowywane są na donosicieli. A coś takiego jak miłość nie ma prawa bytu, ludzie łączą się w pary tylko po to by spłodzić dzieci, które będą oddane Partii.
Rozległ się tupot butów, kolejny przenikliwy świst na grzebieniu i dzieci wpadły do salonu. Pani Parsons przyniosła żabkę. Winston wypuścił wodę i z obrzydzeniem wyciągnął zlepek włosów, który zatykał odpływ. Umył ręce najlepiej jak mógł w zimnej wodzie płynącej z kranu i wrócił do pokoju.
— Ręce do góry! -ryknął bezlitosny głos.
Dorodny dziewięcioletni urwis wyskoczył zza stołu, grożąc Winstonowi dziecinnym pistoletem maszynowym, podczas gdy jego o dwa lata młodsza siostrzyczka celowała w Winstona z kawałka patyka. Oboje mieli na sobie granatowe spodenki, szare bluzy i czerwone chusty — umundurowanie Kapusiów. Winston podniósł ręce nad głowę, ale zrobiło mu się nieswojo, gdyż zachowanie malców było tak zajadłe, jakby wcale nie chodziło o zabawę.
— Zdrajca! — wrzeszczał dzieciak. — Myślozbrodniarz! Eurazjatycki szpicel! Zastrzelę cię, ty łajdaku, ewaporuję, wyślę do kopalni soli!
Nagle oboje — dziewczynka naśladowała każdy gest brata — zaczęli skakać wokół niego i krzyczeć: „Zdrajca! Myślozbrodniarz!” W ich zachowaniu było coś przerażającego, tak jak w igraszkach tygrysich szczeniąt, które niegdyś wyrosną na ludojady. Z oczu chłopca biła jakaś rozmyślna zaciekłość, całkiem wyraźna chęć uderzenia lub kopnięcia Winstona i świadomość, że już wkrótce będzie dość duży, aby to uczynić. Winston czuł ulgę, iż pistolet chłopaczka jest tylko zabawką.
Pani Parsons spoglądała nerwowo to na Winstona, to na dzieci. W lepszym świetle pokoju przekonał się ze zdumieniem, że jej zmarszczki naprawdę wypełnia kurz.
— Czasami rzeczywiście bywają bardzo hałaśliwe — stwierdziła. — Są zawiedzione, że nie zobaczą wieszania, i to pewnie dlatego. Ja jestem zbyt zajęta, żeby je zabrać, a Tom nie zdąży wrócić na czas z pracy.
— Dlaczego nie możemy zobaczyć wieszania? — ryknął chłopiec na cały głos.
— Chcemy zobaczyć wieszanie! Chcemy zobaczyć wieszanie! — darła się mała, wciąż skacząc dookoła.
Winston przypomniał sobie, że wieczorem grupa jeńców eurazjatyckich, winnych zbrodni wojennych, ma zostać powieszona w parku. Egzekucje odbywały się zwykle raz w miesiącu i zawsze cieszyły się dużą popularnością. Zwłaszcza dzieci uważały je za wspaniałą rozrywkę. Pożegnał się z panią Parsons i wyszedł na korytarz. Ale ledwo się oddalił o kilka kroków, nagle coś trafiło go w tył głowy; uderzenie było wyjątkowo bolesne, zupełnie jakby ktoś go dźgnął rozpalonym do czerwoności drutem. Kiedy okręcił się na pięcie, ujrzał, jak pani Parsons wciąga siłą do mieszkania swoją latorośl, chowającą do kieszeni procę.
— Goldstein! — wrzasnął malec, zanim zatrzasnęły się drzwi.
Najmocniej jednak poruszył Winstona wyraz bezradnego strachu na szarej twarzy pani Parsons.
Człowiek, nie ma swojego zdania, boi się nawet myśleć, by nie sprzeciwić się systemowi. Każdy, nawet najmniejszy, przejaw buntu jest szybko tłumiony. Osoba, która sprzeciwi się Partii znika ze społeczeństwa, usuwane są o niej wszelkie dane a innym wmawia się, że taka osoba wcale nie istniała. Najstraszniejsze jest to, że ludzie dali się tak łatwo zmanipulować i sterować. Oddali swoje życie, swoje myśli i radość w szpony zachłannego władzy Wielkiego Brata. Jedynie Winston próbuje walczyć do końca. Nie chce dać się złamać, podporządkować. Chce żyć swoim życiem, drugiego już nie będzie miał. Czy uda mu się pokonać Partię, Wielkiego Brata i odnaleźć prawdziwą miłość? Czy jest jeszcze nadzieja, że świat może być lepszy, że wróci radość i wspomnienia a las będzie prawdziwym lasem?
Trzeba przeczytać książkę do końca by się o tym przekonać. Mnie los Winstona bardzo zaskoczył i trochę rozczarował, gdyż w głowie ułożyłam już sama zakończenie dla bohatera, ale nie pokrywało się z bezwzględną wizją autora.
Książka jest wyjątkowym dziełem i serdecznie namawiam do przeczytania. Jak to możliwe, że w świecie demokracji takie zniewolenie wydaje nam się bardzo możliwe i realne? Cóż żądza władzy jest bardzo silna, zwłaszcza jeśli się jej już spróbuje.
Książka jest również dowodem na to jak łatwo można manipulować człowiekiem. Ludziom wydaje się, że mamy wolność słowa, pisma, że nie ma cenzury i nikt nie próbuje kontrolować biegu dziejów. Obyśmy nie dali się tak zmanipulować jak społeczeństwo Oceanii, bo wtedy może być już za późno na powrót…
Książka mnie bardzo poruszyła, zainteresowała i dała do myślenia. Przeczytałam ją szybko, niemalże z zapartym tchem. W mojej ocenie Rok 1984 zasługuje na 5 gwiazdek.




Jakoś do tej pory nie udało mi się przeczytać tej książki, ale po Twoim opisie w najbliższym czasie to uczynię, jak tylko przebrnę przez „Upadek Gigantów” Kena Folleta – tego autora mogę polecić „Filary Ziemi”.
Wielki Brat Orwell’a – jest przykładem na panoptyczny model nowoczesnej władzy, czyli na to, jak „niewielu” może kontrolować „setki innych”, bez przerwy znajdujących się w „polu widzenia” i nie mogących „uciec”. O tym rozpisywał się Foucault w „Nadzorować i karać. Narodziny więzienia”.
pisze:Pan pisze o elouwcji w przyszlosci, ja o przeszlosci.Absolutnie nie! Przyjalem Pana konwencje jak rozumiem eksperymentu myslowego. W przeszlosci tez nie bylo spoleczenstwa 50/50%Ponadto, przez dziesiatki tysiecy lat religijnosci, byla to religijnoc pierwotna, bez doktryn i politykiNie zgadzam sie. Religijnosc pierwotna jest nieskonczenie bardziej polityczna niz niepierwotna przede wszystkim dlatego, ze nie bylo tam jeszcze rozroznienia miedzy kosciolem a panstwem, a zatem wszystko co plemienne (czyli polityczne) bylo jednoczesnie religijne. Co do doktryny to zasadniczo zgoda, w tym sensie, ze wierzenia nie byly sformalizowane a od wierzen wazniejsze i bardziej pilnowane byly praktyki. i nie mozna powiedziec, ze istnialy plemiona ateistyczne, ktore przegrywaly w konkurencji. Zgadzam sie, ze nic nie wiadomo, by istnialy plemiona ateistyczne. Ale to nie uniewaznia argumentu. Gdyby religia byla szkodliwa spolecznie, to pojawilaby sie presja selekcyjna na wyeliminowanie religii. Wezmy dwa (znowu eksperyment myslowy), rownie silne plemiona, z ktorych jedno bylo bardziej religijne drugie mniej religijne. Gdyby religia oslabiala sily spoleczenstwa to mniej religijne winno wygrac i podbic tamto narzucajac swoje wzorce slabszej religijnosci. Az w koncu pojawilyby sie spoleczenstwa czysto ateistyczne, ktore zapanowalyby nad swiatem. Niewykluczone, ze zblizamy sie do takiego eksperymentu, jednak wspolczesna sekularyzacja to mgnienie oka w elouwcji, nawet spolecznej, stad pozostaje jeszcze kwestia nierozstrzygnieta, jakie ewentualne negatywne skutki uboczne sie pojawia.VN:F [1.9.11_1134](from 0 votes)